In the end...
"Zaślubiony swemu Imperium,
gdy wyruszał w walki wir,
darował swoje serce i obiecał swoje dni,
w swych ostatnich tchnieniach życia,
gdy odejścia wstawał świt,
nieskalanemu Imperium,
oddawał swoje łzy"
Z żalem żegnamy Marszałka Wojsk Imperium, Magnusa Szalonego von Pogromce Smoków, który odszedł od nas w ogniu walki, stając przeciwko znienawidzonemu Yemofichowi.
Żegnamy także Satana i Louisa, Aste, Ragena, Beledniego, Hansa ( znanego jako Kurwa Heinz)i Xava. Żegnamy też wszystkich innych, niemalże bezimiennych bohaterów którzy zginęli w starciu z siłami Chaosu. Za nami kampania. Najdłuższa w naszej historii.
Rodział I
Fioletowe Oko
Rozdział II
Drzewo Rozkoszy
Rozdział III
Miecze Gniewu - Yemofich.
Półtora roku na szlaku, półtora roku mrozów, deszczu a czasem piekącego słońca.
Smok, polityka, walka i wilkołaczo-wampirzy seks:D
Teraz następna kampania. I nowe postaci ruszają na szlak.
Halfliński złodziej, Rudolf Hess.
Uczeń Kolegium Niebios Waldemar von Otto.
Tropicielka Hana.
Czarodziej Cienia, Antoniusz.
I obłędny łowca czarownic.
I nie straszne nam Yemofichy czy Siwi!
SZTANDAR KU GÓRZE, MIECZE W DŁOŃ!
CHAOŚNIKA GOŃ! GOŃ! GOŃ!!!!
(Zdjęcia z grzybwa:D)
2007-08-16 11:08:40 >>
skomentuj (5)
Miecze Gniewu
Miecze Gniewu
Wiatr zawodził w konarach drzew, szarpał zaschnięte liście, rzucał je na trakt. Dwaj podróżni, odziani w znoszone stroje pięli się mozolnie pod górę, na której szczycie widać było potężny dwór. Podróżnicy nie czuli na sobie wzroku elfiej łowczyni, przykucniętej w cieniu drzew. Wspinali się po kamiennych schodach, nie dając po sobie poznać, że zauważyli na nich ciemne plamy zaschniętej krwi. Wrota były wpół otwarte, jedno skrzydło wybite z zawiasu kołysało się żałośnie. Mężczyźni wślizgnęli się do środka, omijając ciało kobiety leżące w korytarzu. Dzierżąc w rękach sztylety, ukryte miedzy fałdami szat. W sali głównej było jeszcze więcej ciał, wszystkie miały makabryczne rany, od potężnego miecza. W komiku wesoło płonął ogień. Dwaj podróżnicy, przestępując nad trupami, ruszyli w stronę schodów prowadzących na wyższe piętro. Zatrzymał ich szelest poruszającego się łańcucha. Spojrzeli po sobie z niepokojem, ściskając w rękach sztylety. W komnacie panowała cisza. Nagle brzęk łańcucha pod ich stopami. Spojrzeli na podłogę dokładnie w tym samym momencie, w którym zwoje łańcuchów wybiły w niej dziury, oplątując ich ręce i nogi. Uniesieni do góry, jęli szarpać się z metalowymi mackami, pragnąc się uwolnić. Tymczasem ze schodów, powoli, dystyngowanym krokiem schodziła młoda dziewczyna. Miała może z piętnaście lat? Ubrana w nieco zakrwawione białe giezło ,uśmiechnęła się do podróżników. Nad jej ramieniem unosiła się czarna, emanująca magią kula, o średnicy koło dwudziestu centymetrów.
- Witajcie w moim domu - dziewczynka otworzyła usta, a jej głos brzmiał niby tysiące zderzających się ze sobą łańcuchów - znów mnie niepokoicie. Tym razem kończy się moja uprzejmość.
Na jej słowa krępujące ich żelazne sploty zacisnęły się.
- Heinz! -zawył jeden z podróżników - zrób coś!
- Masz może pomysł co? - spokojny głos drugiego był nieco przydławiony.
- Kula! To chyba jest źródło!? - wychrypiał zapytany.
Mężczyzna nazwany Heinzem skinął głową i wpatrzył się w kule. Mimo bólu, jaki sprawiały mu wrzynające się w ciało łańcuchy, nie spuszczał oczu z przed miotu. Oczu, które zaczęły emanować jasnym, złotawym blaskiem. Dziewczyna spojrzała na niego zdumiona, i sekundę później z oczu Heinza wystrzelił promień. Złoty strumień uderzył w czarną kule, która rozprysła się na kawałki. Jeden z odłamków kuli uderzył w bok głowy dziewczynki, wybijąjc w niej całkiem pokaźną dziurę. Dziewczyna bez jęku osunęła sie na ziemie, a wraz z nią opadły łańcuchy przytrzymujące mężczyzn. Gdzieś niedaleko, usłyszeli potężny grzmot.
- Niedaleko walnęło - mruknął Heinz.
- Ano - skinął głową jego towarzysz.
Gdy wyszli na zewnątrz, ich czujne oczy dostrzegły dwóch jeźdźców, pędzących na złamanie karku, przez mroczny las. Jechali w stronę ruin stojących na wzniesieniu nieopodal. Podróżnicy poprawili znoszone szaty i bez słowa ruszyli w tamtą stronę.
***
- Nie znam żadnego Kurta! - warknął zirytowany już Magnus, do stojącego przed nim blondyna.
- Ale masz jego miecz - odparł tamten spokojnie, i spojrzawszy na swego brata bliźniaka westchnął ze zniecierpliwieniem
- No i co z tego? - Magnus pogładził rękojeść miecza.
- Czyli jesteś teraz jego powiernikiem.
- No.. -mruknął ostrożnie Magnus - możliwe, że tak.
Mężczyzna bez słowa rzucił mu pod nogi zalakowany list i wskoczył na konia. Szarmancko zamiótł kapeluszem przed Astą, i skinąwszy na swego brata odjechali w dal.
- Dziwni ludzie - mruknęła kobieta, podchodząc do czytającego Magnusa - co Ci zostawili?
- Nic- marszałek wojsk rzucił tylko okiem na pieczęć, przedstawiającą dwanaście mieczy dookoła jednego, większego, i schował wiadomość do torby.
- Jak chcesz - wzruszyła ramionami dziewczyna,
Magnus chwycił swój plecak, i zarzucił go na plecy.
- To co mam najpierw zrobić?- mruknął do siebie - zabić smoka, znaleźć róg czy iść na to zebranie?
Asta spojrzała na niego z politowaniem
- Z kim ja podróżuje - westchnęła i zarzuciła na siebie plecak.
-Tak! Imperium mnie potrzebuje- doszedł do kompromisu ze samym sobą Magnus - idziemy na to zebranie. Czyli do Couronne!
***
Szli przez gęsty las, na północ, w stronę Bretońskiej stolicy. Nie rozmawiali, unikali patrzenia na siebie. Każde z nich chciałoby znaleźć się daleko od tego pierwszego. Nie widzieli, nie czuli dwóch mężczyzn którzy szli za nimi, niemalże krok w krok.
***
Karczma była pusta. Leżący pod stołami ludzie, spali, lub byli nieprzytomni, trudno to było określić. Karczmarz leżał za ladą. Z bełtem w czole. Magnus i Asta obsłużyli sie więc sami. Znalazło się wino jakoweś i mięsiwo. Znalazł się też Beledni, pijany w sztok. Nie minęło pół godziny, gdy do karczmy weszły dwie kobiety, bez straży, i ochrony. Nieco dziwne... ale w końcu byli na obrzeżach Mussilion.
Kobiety nie spuszczały wzorku z Magnusa, aż do momentu gdy ten, wziąwszy Astę i pijanego Beledniego, ukradł wóz wraz z końmi, i ruszyli w dalej. Przecież karczmarz i tak nie żył. To po jaką cholerę mu wóz?
***
Siedzieli przy ognisku, wpatrując się jak wiatr niesie w dal iskry. Beledni wstał i chwiejnym krokiem odszedł od ogniska, trzymając w ręce bukłak z winem. Usiadł pod jednym z drzew, z dala od ogniska. Pociągnął zdrowo wina, i niemal natychmiast zasnął. Przyczajeni w mroku mężczyźni skinęli głowami. Po chwili, ciemności wyszedł drugi Beledni, i skierował się w stronę ogniska.
- Heinz - mruknął w stronę "sobowtóra" jego towarzysz - jak dam znać od razu uciekaj.
Tamten skinął bez słowa głową, i ruszył w stronę ogniska. Ledwo jednak odszedł, jego towarzysz pochylił się nad leżącym Belednim, szepcząc słowa jakiegoś zaklęcia. Nim zdążył je rzucić, z jego nosa buchnęła krew, i odrzuciło go od leżącego na ziemi pijaka. Ledwo zdążył wstać, i zaciągnąć Beledniego w krzaki, obok przeszła Asta. Plan Heinza i jego towarzysz zaczął się sypać. Ukryty w krzakach czarodziej, siedząc przy śpiącym Beledni, znów został odeń odrzucony. Prosto na ubranego w zbroje płytową rycerza. Palnięty w twarz czarodziej osunął się ze złamanym nosem. Tymczasem Heinz-Beledni, poczuwszy telepatyczne ostrzeżenie wrócił pędem do towarzysza. Za nim pobiegł Magnus, myśląc że jego „towarzysz” coś zauważył.
Magnus przeskoczył nad zwalonym pniakiem, wyszarpując miecz. Wypadł na małą polankę, a jego oczom ukazał się dość interesujący widok. Asta stała koło nieprzytomnego Beledniego, krzycząc w niebogłosy. Mężczyzna za którym biegł Magnus nie wyglądał jak Beledni. I bynajmniej się tak nie zachowywał. Wzniósł bowiem ręce do góry, i zaczął inkantacje w jakimś nieznanym Magnusowi języku. Wzrok rzucającego kierował się w stronę lasu, na którego skraju klęczał mężczyzna, trzymając się za zakrwawioną twarz. Nad nim górował zbrojny, odziany w pełną płytę. Nim Magnus zdążył zrobić cokolwiek, z oczu „Beledniego” wystrzelił strumień światła, uderzając w postać. Bezgłowy rycerz runął na ziemie, łamiąc niskie sosnowe gałązki. Magnus w dwóch krokach był między dwoma nieznajomymi, chyba czarodziejami.
- Co tu robicie? – warknął, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego. Miecz w jego ręku błyszczał zimno.
- A nie widać – odparł jeden z mężczyzn, wstając z kolan, nadal trzymał się za twarz – ścigaliśmy tego tu.
Głową wskazał na leżącego trupa.
- Owszem – zgodził się Heinz – długo już go ścigaliśmy.
Magnus słuchał ich, nie wypuszczając miecza z ręki. Przez wycie wichru dało się słyszeć trzask łamanych gałęzi. Zebrani na polanie ludzie spojrzeli w stronę hałasu. W ich strone zmierzało pięciu następnych wojowników, ubranych w identyczne zbroje.
-A tych – powiedział czarodziej z rozwalonym nosem, w absolutnej ciszy – nie zauważyliśmy....
***
- Cieszy mnie, że mogę was gościć – szlachcic spojrzał na kompanię, która siedziała przy jego stole – najbardziej cieszę się z tego, że sam Magnus Wilkołak von Pogromca Smoków, Marszałek Wojsk Imperium o przydomku Szalony, siedzi przy mym stole.
Właściciel wszystkich tych dumnych tytułów podniósł głowę, znad talerza.
- Skąd znasz me miano, Panie? – spojrzał z uwagą na gospodarza, do którego należał ten dom i zaszlachtowany w lesie strażnik
- Przeszkadzałeś mi już nie raz, Magnusie – odparł tamten, krojąc dziczyznę – ale dziś to sie skończy. Spróbuj zupy, udała się wybornie.
- Yemofich – mruknął Magnus, nalewając sobie zupy ze złoconej wazy, i patrząc, jak gospodarzowi odpada kawałek skóry z czoła, ukazując szklaną czaszkę, wypełnioną płomieniami.
- Ano – przytaknął tamten, i podrapał się po czole – odpada już?
Magnus przytaknął z pełnymi ustami. Zupa była wyśmienita.
- Niestety –westchnął gospodarz - nie trzymają się długo.
Magnus skończył jeść zupę i odstawił talerz. Reszta towarzystwa, siedziała oniemiała, słuchając tej konwersacji.
Obydwaj wstali od stołu. Wilkołak rzucił się na mutanta, wymachując czarnym mieczem. Miecz, pazury, unik. Yemofich walczył rękoma, z zaskakującą skutecznością. Odłamki jego ciała mieszały się na ziemi z wilkołaczą krwią.
Czarodzieje obserwujący walkę, spojrzeli na miecz i wymienili znaczące spojrzenia. Po czym jak jeden mąż chwcili talerze i półmiski i wzorem Asty poczęli ciskać nimi w Yemoficha.
***
Couronne. Stolica Bretonii. Białe miasto. Właśnie w slumsach tego miasta Magnus miał spotkać się z ludźmi którzy wręczyli mu pergamin. Którzy twierdzili, że jest jakimś Powiernikiem. Gdy był mały, matka opowiadała mu śmieszną historię o magicznym pierścionku i jego powierniku, młodym goblinie, który chciał zostać wodzem goblinów.
Magnus zaśmiał się sam do siebie i ruszył w stronę domu gdzie miało odbyć się spotkanie. Za nim, niewidoczni, ruszyli Heinz i jego towarzysz.
***
- Musisz więc znaleźć trzynastą – kobieta spojrzała na Magnusa – i za pół roku przyprowadzić ją na Wzgórze Wichru.
Magnus skinął tylko głową, patrząc po twarzach pozostałych członków zgromadzenia. Było ich dwunastu, bez niego.
- A wy! – kobieta spojrzała na Heinza i jego towarzysza – macie mu pomagać! Zrozumiano?
Cała trójka pokornie skinęła głowami.
***
- No, więc Ty jesteś tą trzynastą - Magnus wziął od Asty miecz i schował go do pochwy – i masz ze mną jechać za pół roku na Wzgórze Wichru.
- Kim jestem? – dziewczyna patrzyła na niego, „lekko zadziwiona” – i gdzie mam jechać. A przede wszystkim po co?
- Nie wiem – Magnus otworzył drzwi, przez które weszli Heinz i Antoni ( tak przedstawił się towarzysz Heinza) – że niby masz jakąś klątwe odczynić
- Gdzie Beledni?- Antoni rozejrzał się po kajucie
- Przy burcie... ma chorobę morską... albo kaca – wzruszył ramionami Magnus.
- To gdzie teraz? – spytała Asta.
- Jak to gdzie? – Magnus wyszczerzył zęby- do Altdorfu
***
- Wreszcie w domu – Magnus ujął naręcze listów ze swego biurka i cisnął do ognia, po czym usiadł na fotelu z kieliszkiem w ręku i popatrzył na adiutanta.
- Moja towarzyszka wyszła z domu. Wyślij ludzi, by jej pilnowali. Ah, i mówiłeś, że kiedy jest ten bal?
W sąsiednim pokoju Beledni otworzył następną butelkę
***
Heinz wyszedł z komnat arcymaga z mętlikeim w głowie. Myślał, że działał na polecenie całego kolegium. Tak powiedział przecież jego protektor. Co się dzieje? Dlaczego Mistrz nie powiedział Arcymagowi, że szuka mieczy?
2007-07-19 16:41:00 >>
skomentuj (6)
Szukaj króla w stogu siana....
Ano odbyliśmy następną sesję. Jak? Cóż to opowieść na długie zimowe wieczory, z dobrą fajką, i kuflem pepsi przy kominku. Nie no dobra, żartuje. Wystarczy pepsi.
Pamiętny dzień, nadszedł gdzieś około września 1544 roku, Kalendarza Bretonii. Otóż, w karczmie, gdzie ostatnio zasnął Louis, zjawili się wszyscy. Beledni i Satan, powrócili z pacyfikacji wioski, wraz z nimi dojechał Magnus. Po drodze znaleźli bosmana ( ahoj!) Rogeria. Z dalekich stron, ścigany przez bandę kmiotków, przybył także Xav....
(...)
- Witaj karczmarzu! Są wolne pokoje?
- Oczywiście panie, mamy tylko jednego gości.
- A kto to?
- Szlachetny rycerz Louis, panie.
- Aaaa... to ten który jeździ ze swymi towarzyszami. Jeden z nich jest siwy, a drugi biega z berdyszem!
- Tak, to ten jegomość!
- I czy to nie ten ci przypadkiem podróżuje z misją od... e.. niewiadomo kogo?
- Nie wiem panie... znasz tę kompanię?
- E... nie.
Sekundę później, z karczmy słychać głos Louisa.
- Karczmarzu? Czy to mój giermek? Taki płonący, rudy i brodaty??
(...)
Tak. Po tak cudownych wybuchach radości, drużyna ruszyła do Wieży Czujności, gdzie kapłanki i kapłani Vereny bezustannie czuwają przy granicy z Mussilion. Tam, ( oczywiście w Wieży) bohaterowie mieli nadzieję znaleźć odpowiedź, czy Hagen z Carcassone jest naprawdę królem Bretonii.
Po dość długiej rozmowie z kapłanem, doszli do wniosku, że jest. Ale doszli także do wniosku, że Louen Lwie Serce jest lepszym królem niż Hagen byłby.
(...)
- Taak.. – Magnus podrapał się po brodzie – Potrzebujemy dowodu.
- Najlepiej nie jednego – mruknął Satan – potrzebujemy więcej niż jednego.
- Zgadza się. Co najmniej z dwóch wiarygodnie podrobionych dowodów – zgodził się z powagą Rogerio.
- Może jak był młody – zamyślił się Magnus – to gwałcił małych chłopców?
(...)
Ale w Wieży Czujności, nie znaleźli dowodów, tylko to nie pełne drzewo rodowe. Dowiedzieli się jednak, że w bibliotece w Musillion znajduje się księga z pełnym drzewem. Po dość długiej kłótni...... ( Magnus, Rogerio i Xav versus Satan i Louis)
(...)
- Wy jesteście tak głupi, że nawet nie wiecie, że my jesteśmy głupi! - Magnus
(...)
...... ruszyli do Musillion. Już przy przeprawie zaczęły się kłopoty. Najpierw, Puszek (pegaz Louisa) został strącony przez N.B.O.P.S.L ( Niewidzialną Bandycką Obronę Przeciw Stworom Latającym) . Louis przeżył upadek, i poczekawszy aż towarzysze dostaną, się barką, wraz z nimi wpadł w las szukając bandytów. Wynik starcia 0:2 dla bandytów, bo Satan Rogerio i Xav dostali strzałkami z usypiaczem. Zanim jednak ten ostatni zasnął, podpalił las kulami ognia. I bandyci się nieco spalili. Poczekali ( opatrując w tym czasie Puszka) na brzegu rzeki, aż las się wypali, i ruszyli przez Musillion.
Tutaj przygoda się urwała na jakieś 30 minut, bo Louis, wyciągnąwszy „ Mały Przewodnik Turystyczny Po Musillion” uraczył bohaterów dość długą lektura. Po tym wydarzeniu, drużyna zadecydowała, że nie specjalnie chce podróżować po Musillion. Pech chciał, że aby wydostać się z przeklętego księstwa, trzeba było dojść do jego stolicy. Po drodze mały incydent z władczynią pobliskich ziem ( 7:0 dla graczy) dotarli do Musillion. Nie specjalnie chcieli je zwiedzać, zahaczyli tylko o bibliotekę, w której zbyt dużo się nie dowiedzieli. ( pewnie już się im spać chciało). Postanowili wyruszyć więc w stronę Kaplicy Pokory, zgodnie z tym co mówił tajemniczy dokument znaleziony w Wieży Czujności.
************************Pomoce dla graczy ***********************************
Kawałek z dziennika Ihena de Louis
Granica Bastonne – Bordeleaux. 23 Marzec 1517
...to już dwa miesiące, odkąd podróżuję sam. Ciało mężnego Thiemara złożyłem, wraz jego rynsztunkiem w grocie nieopodal Kaplicy Pokory. Może kiedyś jeszcze wrócę, pomodlić się nad jego grobem? Pani świeć nad jego rycerska duszą.... Mam nadzieję, że mój brat poradzi sobie z obowiązkami władcy, do czasu gdy wrócę. Czuje że Ona jest blisko.. wzywa mnie.
Wyspa Ciszy. 1 Kwietnia 1517
Przekroczyłem bramy na Wyspie Ciszy.
Plaża w okolicach Bordelaux. 8 Kwietnia 1518
Muszę ruszać dalej. Ona znów mnie wzywa. Nie mogę z wami zostać. Żegnajcie.
Las Klęski. 12 Kwiecień 1518
Orki. Może ze dwadzieścia. Pilnują brodu do Akwitanii.
Las Klęski.14 Kwiecień 1518
Obudziłem się dziś rano. Jedyne co pamiętam, to walka. Orków było zbyt wielu. Wszędzie jest pełno trupów. Tylko orczych. Kto mnie uratował?
2007-05-20 14:34:05 >>
skomentuj (7)
Długi czas...
Myśleliście że to koniec? O nie:D:D:D nie ma tak łatwo:D :
Zacznijmy jednak od początku.Bohaterowie, uciekając do Bretonii, przedarli się przez Góry Szare, i dotarli do Montfortu. Tutaj, Mały Umorusany Węglem Chłopiec zaprowadził ich do tajemniczych tuneli... potem okazało się, że Mały Umorusany Węglem Chłopiec to Yemofich, a bohaterowie zostali zamknięci w starych tunelach. Pochodzili sobie po owych tunelach, zabili wodza orków, starli się ze smokiem, i dumni z siebie wyszli na powierzchnie ( no, Brzeziu stracił w jednej przygodzie 2PP wiec nie wiem czy może być z siebie dumny ), w każdym razie poszli dalej, napotkawszy dziwną polanę z dziwnym kryształem, zaczęli się koło niego kręcić.. pojawił się Elfi Mag, lekko szalony, i najpierw chciał wszystkich pozabijać, ale potem w sumie to się rozmyślił i dał Vaxowi Pegaza, a reszcie drużyny klucz, ( a raczej połówkę) dzięki której można się przenieść na Uthulan. Druga połówka miała być w jakiejś wieży elfiej, ale jedyne co w tej wieży znaleźli, to elfkę, alkoholiczkę;]. nie zwlekając, i cały czas goniąc Yemoficha, dotarli do stolicy Bretonii, do Couronne. Tam, Louis (postać Vaxa) pokłócił się z królem i w ogóle zrobiło się nie miło. Na dodatek, Bretonia jest o krok od wojny domowej (Północ vs Południe)bo Hagen, władca Carcassone, stwierdził, że ma prawo do tronu. Bohaterowie, wyposażeni więc w niepełne drzewo rodowe, ruszyli szlakiem rycerza, który miał niby być ojcem Hagena i mieć prawo do tronu.
Podczas podróży, bohaterowie doszli do zadziwiających niekiedy wniosków, ale to w kąciku mądrości. Tymczasem dojechali do dziwnego dworku,, w którym przyjął ich piętnastoletni rycerz. Po upojnej nocy ( oczywiście alkoholowej :D) znaleźli pana zamku wiszącego na linie. No cóż, zdarza się, nieprawdaż? Okazało się, że młodzieniec ów był siostrzeńcem króla, i wypadałoby dowiedzieć się kto go załatwił ( bo jak nie to wszyscy idą do kata). Troszkę połazili więc po zamku.. ale cóż, nie dowiedzieli się dokładnie co to, więc najłatwiej było rozpieprzyć zamek i uciec. Kocham moją drużynę. Potem trzeba było uciekać przed królem, bo się zeźlił. Wsiedli więc na miłą rzeczną barkę, i ruszyli z prądem do Gisoreux. Podróż przebiegała dość spokojnie, poza paroma zniknięciami ze statku i żaboludźmi pod wodą. Ale skończyła się spokojna podróż kiedy:
Płynęli barka, zapadał zmrok. Na rzece pojawiły się dwie łodzie, w każdej płynęło po sześć osób. Zatrzymali się przy barce, i mówiąc coś po Tileańsku pokazywali portrety pamięciowe graczy. Louis i Satan jakoś nie specjalnie chcieli się pokazać, nie wiadomo dlaczego. Urocza konwersacja została przerwana przez deszcz strzał które wbiły się w pokład, i w marynarzy. Zapanowała panika, a panikarze biegając w panice nie byli zdolni do niczego poza panikowaniem. No nie, a teraz już na poważnie, to statek się z lekka spalił. Na szczęście chłopaki i pijana elfka zdążyli uciec. Satan i Vax wyleźli na ląd, i brudni, opijawkowani, i w ogóle w dość podłym nastroju. Rozpalili więc ognisko, zrzucili mokre ciuchy, i siedząc w gaciach zaczęli marudzić, czekając na przylot pegaza Puszka który miał ich juki. Kiedy tak siedzieli, z lasu wyłoniła się młoda kobieta, ciągnąca pijaną elfkę.
(...)
- Co tu robisz? – spojrzał na nią Satan.
- Byłam na łowach – odparła Asta.
- Z mieczem? – Louis spojrzał na kobietę – dziwne to trochę.
- Może i dziwne.. a wy, co tu robicie? – zmieniła temat.
- Jesteśmy na polowaniu – rzucił Satan.
- Aha.. w gaciach?
- No co? Ja naganiamy zwierzynę.
(...)
No, ta scenka chyba mówi sama za siebie, nie trzeba jej tłumaczyć. Krótko po tej , tak wiele mówiącej konwersacji, przyleciał Puszek, i mężczyźni przebrali się w szlacheckie ubrania, tak przecież typowe dla zwykłych kupców ( polujących w lesie w samych gaciach). Ale nic, ognisko było, więc w miarę wszyscy byli zadowoleni. Nad rankiem ruszyli przez skarlały, zasuszony las. Prowadziła Asta, która znała drogę do najbliższej miejscowości, przynajmniej w teorii. Wyleźli na piękną polankę, gdzie rósł sobie stary dąb, obwieszony ciałami dzieci. Folklor Mussilionu nie ma sobie równych;] . Zamiast uciec stamtąd (jak nakazywała logika), Satan zaczął modlić się za dusze zmarłych (co zdecydowanie potępiała logika). Ale bohaterowie zostali ( mają logikę w poważaniu najwyraźniej;] ) i spotkali szlachcica na karym rumaku. Ten zaprosił ich dziwnie brzmiącym głosem do swego zamku. Ale żeby nie trudzili się na piechotę, to posłał swego sługę po konie. No trzeba być albo skrajnym kretynem albo graczem żeby się na takie coś zgodzić.. ale cóż, ja dalej nie wiem z kim tak naprawdę gram:D W każdym razie, bohaterowie nie doczekali się koni, tylko czternastu jeźdźców szarżujących z lasu. Ale przynajmniej byli na koniach.
(...)
Louis chwycił jeźdźca za nogę, próbując ściągnąć go z siodła. Z obrzydliwym chrupnięciem kończyna oderwała się od tułowiu upiornego jeźdźca....
- Ha! Ha! Uderzam go jego nogą w głowę!
(...)
Walka jednak przybrała nieciekawy obrót, i wkrótce Asta, Satan i Beledni znaleźli się na drzewach w lesie, a Louis na Dębie Dzieciowym. No i sytuacja patowa. Ale gracze nie raz byli już w sytuacji patowej, i zawsze pozostawało jedno wyjście. Frontalny atak na wroga. Beledni z Satanem wypadli wrzeszcząc w niebogłosy. Cóż, skończyłoby się to fatalnie, ale Louis przywołał pegaza, i wsiadłszy na niego zastosował „odgórny atak elfią lancą w plecy lorda”. No, i po problemie ( oprócz tego że Louis’owi nieco strzaskało rękę). Rycerze, po śmierci lorda padli jak trupy.. chociaż może to dziwne określenie, dla umierającego trupa. I znów graczy zawiodła logika, bo postanowili nocować na polance. No i pojawiły się upiorne wilki, żeby bohaterowie nie stwierdzali że w Mussilion nie ma bretońskiej gościnności. Satan stworzył krąg, przez który wilki jako ożywieńcy przejść nie mogły. Próbowali też walczyć z wilkami, dźgać je włócznią, podpalać ( i podpalili las). Ale nic nie trwa wiecznie, tym bardziej czary Satana. Żeby nie dopuścić do zjedzenia całej drużyny, Beledni wybiegł z kręgu i pobiegł do lasu zaciągając za sobą wilki. Bohaterowie skorzystali więc z okazji i uciekli. Na plaży spotkali flisaków, którzy ulitowali się nad rannymi i zmęczonymi podróżnikami. Tratwa wysadziła ich na brzegu, na granicy Gisourex. Tam w karczmie powoli odzyskiwali siły, tam też pojawił się Beledni ( nie wiadomo jak wylazł z Mussilion). Tu Louis spotkał rycerza, który w ramach braterskiej więzi rycerskiej poprosił o pacyfikację wioski. Louis trochę kręcił, nie hcciał sie zgodzić ( ale to pewnie dlatego że był nieco zmęczony już).. W każdym razie, przy milczącym towarzystwie Asty Beledni i Satan wyrżnęli w pień osadę kmiotków którzy jak się okazało czcili Slaanesha.
2007-05-09 16:49:05 >>
skomentuj (2)
Nareszcie!
Wiemy już kim jest kobieta z naszej sylwestrowej imprezy! To Desolo!
Wiem, że to dziwne... ale cóż, Desolo zrobił sobie parę operacji, i wyszła z niego całkiem dobra dupa!!
2007-02-16 23:51:00 >>
skomentuj (4)
Jebane miasto, jebany wilkołak, jebani kultyści, JEBANY MISTRZ GRY!!!!
No tak... tytuł mówi sam za siebie.
Każdy wytrawny gracz wie z czego składa się przygoda. Oczywiście ta dobrze poprowadzona, dopieszczona i w ogóle. A składa się ona z:
1) Walki
2) Przeszukiwania
3) Losowania skarbów
4) Znajdowania magicznych przedmiotów.
5) Ucieczki, bądź pościgu.
Te pięć punktów tworzy w zasadzie dobrą przygodę miłą dla graczy i przyjemną dla MG. Jednak w czeluściach szafek, pod biurkami, w zakurzonych skrzynkach, Mistrzowie Gry trzymają jedną z najstraszniejszych broni, znanych ludzkości. Otóż, posiadają niezmiernie rzadkie przygody, w których po odjęciu wszystkich pięciu punktów coś zostaje. To coś nazywamy: INTRYGA.
Przygodę prowadził Autonomiusz (czytacie to na własną odpowiedzialność):
Magnus Ragen i Shaye szli sobie spokojnie w stronę Nuln, z zamiarem odwiedzenia tamtejszego targu i zabicia Yemoficha. Nic niezwykłego. A tu nagle wypadają jeźdźcy. Na szczęście swoi, Ulrykowi. Zabrali naszych dzielnych wojów do dowódcy, a dowódca mówi, że jechać na pomoc jakiemuś tam miastu. No to niewiele myśląc ( jak to mamy w zwyczaju) po wyspaniu ruszyliśmy przed siebie. No i zaczęły się problemy. Po trzech dniach napadli nas zielonoskórzy. Luz, dostali po tyłku, straciliśmy tylko dziesięciu. Trzy dni później nie było tak dobrze. Najpierw Ragen spotkał małą dziewczynkę na drzewie. Co ona tam robiła to za chuj do tej pory nie wiem. Zaprowadziła go za to do małej, zrujnowanej świątyni. Trochę tam było ciemno i zgniło, więc Ragen wycofał się na z góry upatrzone pozycje do obozu. Zdrada! Ludzie tłuką ludzi Zaskoczyli nas. Armia wybita przez sen, dowódce zagryzł jakiś wilkołak. . Zostało nas 20. Trzeba uciekać! Gdzie? Może do świątyni? Dobry plan. ( Czy ja wiem czy taki dobry?). W światyni Ragen i Luis (bretoński rycerz Vaxa) ubili trolla chaosu. Mach ciach i po sprawie . A potem wojownicy Khorna wypierdolili drzwi od świątyni i trzeba było uciekać. Znowu. Przynajmniej tunel prowadził w okolice miasta. Tylko co dalej. Burmistrz się nie ucieszył, że armia po którą wysłał liczy 6 żołnierzy i czterech poszukiwaczy przygód. No ale co, przecież nie można mieć wszystkiego, no nie? Dobra, na zewnątrz grasują orki i kultyści Khorne'a a w mieście wilkołak. I oprócz tego nawiedzony szpital. Ragen, wymyśliwszy sprytny plan ruszył do szpitala. Chciał przed jego wejściem zostawić sprzęt, żeby wszyscy myśleli że zginął, po czym przebrać sie w łachmany i zinfiltrować miasto. Tylko że wszystko chuj strzelił bo zobaczył dziewczynkę bez oków i stracił przytomność. Jego przyjaciele, wprowadzeni w plan, rankiem poszli pod szpital i ujrzeli pobojowisko, porozrzucane rzeczy złamany berdysz. Ufni w to, że Ragen specjalnie to zrobił, otworzyli drzwi. Tylko coś się nie zgadzało, bo w głąb szpitala prowadziła ścieżka krwi. Na suficie
(...)
- Ej, dobrze mu to wyszło - Magnus popatrzył z podziwem na "dzieło" jak mniemał Ragena - tylko skąd on kurwa wziął drabinę?
(...)
Potem chłopaki pobiegali sobie troszkę po szpitalu, Ragen dostał 5 punktów obłędu, i w ogóle było zjebanie. Żadnych wskazówek, nic. Biegali jak ślepi, podejrzewając brata burmistrza, arcykapłana Ulryka, martwego brata burmistrza i w ogóle całe miasto. ( MG specjalnie wstawił koszary do miasta, żebyśmy nie mogli wszystkich zabić).
Gdy już wszystko było stracone, a zmęczeni gracze włóczyli się po ulicach, Ragen spojrzał na pergamin. Hmm dziwne, nic nie widać.. literki się nie chcą układać.. o kurwa! To sen!
No i obudzili się. Dziwna sprawa z tym snem. Obudzili się przed wyruszeniem i mają jeszcze całą armię! Jej.. no to idziemy! Tyle, że inną drogą. No i poszli. I znów orki napadły, ale wyciągając wnioski ze snu, były podwójne warty. Odparliśmy ich. Drugiej nocy pojawiła się dziewczynka, i powiedziała że orki oblegają świątynie. Tym razem była żywa, nie była duchem, więc Magnus wziął połowę armii i poszedł do świątyni. Ragen z pozostałą częścią został w obozowisku. Tyle, że czekanie mu się znudziło i ruszył z żołnierzami przez las, w stronę Magnusa. Gdy strzały uderzyły o tarcze i paru ludzi padło, Ragen niewiele myśląc( jak to ma w zwyczaju). I tak wystrzelali sobie armię, a przynajmniej większą jej część.
Bosko. Resztę armii wyrżnęli rycerze Khornea i wilkołaki. I znów trafili do miasta. I znów, miotając się dookoła wskazówek, krzyczeli i wygrażali Mistrzowi Gry, w bezsilnej złości. Oglądali obrazy i portrety w domu burmistrza, żeby zrozumieć dlaczego jego zmarła siostra zabija. I wtedy wpadli na trop. To matka burmistrza, w młodości bardzo podobna do swej córki, zabijała. W końcu zdecydowali się wejść do szpitala. Okazało sie że tylko w ich śnie szpital był nawiedzony w dzień także. Normalnie nie był ( w ogóle ten sen to zjebany był). Przeszukali jebany nawiedzony szpital i znaleźli wroga. to dziwka burmistrz zmuszał dziewczynkę-matkę żeby zabijała. Zabili go i koniec.
Zmylił nas ten jebany wierszyk , jebane róże i jebany wilkołak. Patryk sux ;]
Aha, i kącik poetyczny a w nim Dawid i jego rymowanka:
"
sesji czas
sesji czas
ogień w piersiach w dal pcha nas
na śmierć Jemoficha dziś przyjdzie czas
o 20 u Vaxa sie zobaczymy
i wstrętnego zbrodniarza wnet rozgromimy"
2007-02-15 14:10:21 >>
skomentuj (3)
Papcio Rydzyk i Kardynał Wielgus
Ciekawy dziś mamy tytuł prawda?
No cóż... może od początku.
Szukając w Middenhiem Yemoficha, Magnus i Satan wpadli na genialny ( w ich mniemaniu pomysł) otóż, Magnus nazwie się Kardynałem Wielgusem, a Satan Papciem Rydzykiem, i udawać będą dwóch bretońskich sprzedawców sukien ( nie dość że żaden z nich nie znał sie na robieniu sukni, to jeszcze ze
znajomością języka było BARDZO krucho). Już pierwszy wieczór, jaki spędzili w karczmie "Pod Kiścią Winogron" owocowała w "ciekawe" przygody. Zostali napadnięci przez czwórkę zamachowych zamaskowańców i karczma trochę się popsuła ( znaczy się jeden z pokoi wyleciał w powietrze). Kapitan Cassius, ze straży poprosił Gustawa ( nową postać Vaxa) by odkrył kto stoi za zamachami na Bretońskich Sprzedawców Sukien. Gusstaw bardzo szybko zorientował się ( nie był w końcu głupi.. choć poziom aktorstwa Magnusa i Satana był... tak "wysoki" że nawet kompletny katol by się domyślił) i wysłuchawszy historii o Yemofichu postanowił pomóc w odnalezieniu chaoty.
Satan, przez połowe przygody nie pamiętał, że nosi w plecaku ksiege Tzeentcha.. więc, jak trwoga to do boga ( w tym wypadku do boga wilków). Najpierw spotkali Najwyższego Kapłana ( totalnie zalanego) potem, trochę mądrzejszego Zastępce. Tamtem opowiedział im troche o Yemofichu, poradził udać sie do kanałów. Najpierw jednak mieli odnieść Księge Tzeentcha pod opieke mnichów.
(..)
Schodzicie w dwójke (Magnus i Satan) długimi kręconymi schodami.
- Jesteśmy już bardzo głęboko - mówi akolita.
Dotarliście do potężnych, żelaznych wierzei, na straży których stało dwóch starców.
- Pamiętajcie, nie możecie powiedzieć nikomu co tu widzieliście... Ty Magnusie, jesteś Dziecięciem Ulryka wiec słowa moje bardziej tyczą się Satana.- powiedział akolita otwierając wrota.
[ trochę później]
- Hej ! - mówię do Gustawa i Shaye (Magnus) - wiecie co za bajer tam na dole?.. Ups, a nie, miałem wam nie mówić.
(...)
Brawo, brawo dla Demusia i jego Magnusa:D..
Potem było już tylko gorzej.... starzec w podziemiach świątyni przekazał dość ważną wiadmość Satanowi, ale tamten.. cóż.. nie przypomniał sobie w pore powiedzieć o niej drużynie. Nie będę opisywał tego co sie działo później, bo to kompletna katostrofa była...
W każdym razie Yemofich spieprzył do Nuln, a nasza ukochana drużna za nim...
c.d.n
Ocena wg MG = 4/10
Ocena wg Graczy 5/10.
Udział wzięli:
Kubuś Puchatek jako Kubuś Puchatek
Stukostrachy jako Strachy
Dawid jako Magnus vel Kardynał Wielgus.
Autonomiusz jako Satan vel Papcio Rydzyk
Vax jako Gustaw
Xav jako Gustaw
Czysta jako Shaye.
I Drzevo jako Mistrz Gry.
2007-02-04 20:35:27 >>
skomentuj (3)